Najdroższa faktura to ta, której nigdy nie wystawisz.
Przedsiębiorcy są przyzwyczajeni do ryzyka. W pewnym sensie właśnie na nim budują swoje firmy. Każdego dnia podejmują decyzje, których skutków nie da się przewidzieć ze stuprocentową pewnością. Inwestują, zatrudniają pracowników, podpisują umowy, kupują sprzęt, rozwijają ofertę i planują kolejne miesiące działalności. Wiedzą, że biznes to nieustanna zmiana i że nie wszystko da się zaplanować.
Jest jednak jeden rodzaj ryzyka, o którym większość przedsiębiorców woli nie myśleć. Nie dlatego, że jest mało prawdopodobny. Wręcz przeciwnie. Dlatego, że dotyczy czegoś bardzo osobistego.
Co stanie się z firmą, jeśli to właśnie właściciel przestanie być zdolny do pracy?
Nie na dzień czy dwa. Nie z powodu zwykłego przeziębienia. Ale na kilka miesięcy. Po wypadku. Po operacji. W wyniku poważnej choroby albo długiej rehabilitacji.
To pytanie wielu osobom wydaje się niewygodne. Łatwiej zastanawiać się nad zakupem nowego samochodu służbowego, rozbudową magazynu czy zmianą systemu księgowego niż wyobrażać sobie sytuację, w której przez dłuższy czas nie będzie można wykonywać swojej pracy. A jednak właśnie takie scenariusze zdarzają się każdego dnia.
Przedsiębiorcy bardzo często inwestują w bezpieczeństwo swojej firmy. Ubezpieczają biura, hale produkcyjne, maszyny, samochody, sprzęt komputerowy czy odpowiedzialność cywilną. To rozsądne decyzje, bo każda z tych rzeczy ma swoją wartość i każda może zostać uszkodzona lub zniszczona.
Paradoks polega na tym, że najcenniejszym zasobem firmy bardzo często nie jest ani budynek, ani park maszynowy, ani flota samochodów. Jest nim człowiek.
W wielu małych i średnich przedsiębiorstwach to właśnie właściciel odpowiada za sprzedaż, kontakty z klientami, negocjacje, podejmowanie decyzji, kontrolę finansów czy rozwój firmy. Często zna wszystkich kontrahentów, podpisuje najważniejsze umowy i jest osobą, bez której wiele procesów zwyczajnie się zatrzymuje.
Dopóki wszystko działa, łatwo o tym zapomnieć.
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy właściciel z dnia na dzień znika z firmy. Nie dlatego, że wyjechał na urlop. Dlatego, że znalazł się w szpitalu.
W takiej sytuacji rzeczywistość bardzo szybko przypomina o sobie. Faktury nadal przychodzą. Leasing trzeba opłacić. Wynagrodzenia pracowników trzeba wypłacić. Składki i podatki nie znikają. Klienci oczekują realizacji zamówień. Telefon nadal dzwoni.
Zmienia się tylko jedno.
Dochód przestaje się pojawiać.
To właśnie ten moment jest dla wielu przedsiębiorców największym zaskoczeniem. Do tej pory wydawało się, że największym zagrożeniem dla firmy jest utrata klienta, awaria maszyny albo wzrost kosztów prowadzenia działalności. Tymczasem okazuje się, że najpoważniejsze konsekwencje może mieć brak możliwości wykonywania własnej pracy.
Nie chodzi wyłącznie o pieniądze. Długotrwała choroba czy rehabilitacja to ogromne obciążenie psychiczne. Osoba, która powinna skupić się na leczeniu, zaczyna myśleć o tym, jak zapłacić kolejne zobowiązania, czy firma utrzyma płynność finansową i czy po kilku miesiącach będzie jeszcze do czego wracać.
To stres, którego w wielu przypadkach można uniknąć.
Właśnie z myślą o takich sytuacjach powstały ubezpieczenia od utraty dochodu. Ich rolą nie jest sprawienie, że choroba czy wypadek nie nastąpią. Nie zatrzymają też biegu wydarzeń. Mogą jednak zapewnić środki finansowe w czasie, gdy przedsiębiorca nie jest w stanie pracować i zarabiać.
To rozwiązanie często kojarzone jest z dużymi firmami, jednak w praktyce szczególnie korzystają z niego osoby prowadzące jednoosobowe działalności gospodarcze oraz właściciele niewielkich przedsiębiorstw. Lekarze, architekci, księgowi, prawnicy, fizjoterapeuci, doradcy podatkowi, projektanci, informatycy, właściciele salonów kosmetycznych czy warsztatów samochodowych – wszędzie tam dochód jest bezpośrednio związany z możliwością wykonywania pracy przez konkretną osobę.
Jeżeli ta osoba nie pracuje, przychody bardzo często spadają niemal natychmiast.
Warto zadać sobie jedno proste pytanie.
Jak długo moja firma byłaby w stanie funkcjonować bez mojego dochodu?
Tydzień?
Miesiąc?
Trzy miesiące?
A może pół roku?
Niewiele osób zna odpowiedź. Jeszcze mniej wcześniej ją policzyło. Tymczasem to jedno z najważniejszych pytań dotyczących bezpieczeństwa finansowego przedsiębiorstwa.
Odpowiedzialne prowadzenie firmy nie polega wyłącznie na zwiększaniu sprzedaży czy zdobywaniu nowych klientów. To również umiejętność przygotowania się na sytuacje, których nikt nie planuje, ale które mogą wydarzyć się każdemu.
Dojrzały przedsiębiorca nie zakłada, że jest niezniszczalny. Wie, że życie potrafi pisać własne scenariusze i że warto mieć plan także na trudniejsze momenty.
Bo największym zagrożeniem dla firmy często nie jest konkurencja.
Nie jest inflacja.
Nie są zmieniające się przepisy.
Największym zagrożeniem może być chwila, w której przedsiębiorca po raz pierwszy od wielu lat nie będzie mógł zrobić tego, co robił każdego dnia – po prostu pracować.
I właśnie wtedy okazuje się, że najdroższą fakturą w całej firmie jest ta, której nigdy nie udało się wystawić.
Dlatego warto myśleć o ubezpieczeniu od utraty dochodu nie jak o kolejnym produkcie finansowym, ale jak o elemencie odpowiedzialnego zarządzania własnym biznesem. Tak samo, jak planuje się inwestycje, zabezpiecza majątek czy buduje poduszkę finansową, warto zadbać również o ochronę tego, co dla każdej firmy jest najważniejsze – możliwości dalszego zarabiania.
Bo biznes można odbudować. Sprzęt można kupić ponownie. Straty można odrobić.
Ale czasu, zdrowia i spokoju nie da się odzyskać tak łatwo. I właśnie dlatego warto pomyśleć o nich, zanim życie przypomni, jak cenne naprawdę są.