Mieszkańcy od lat żyją z poczuciem, że kolejna wielka ulewa to nie kwestia „czy”, ale „kiedy”. Wystarczy kilka godzin intensywnego deszczu, żeby ulice zamieniły się w rwące potoki, a bielszczanie po raz kolejny z niedowierzaniem patrzyli, jak woda wdziera się do piwnic, garaży i domów. Nie mówimy o pojedynczych incydentach. Podtopienia stały się elementem lokalnej rzeczywistości, czymś, o czym mówi się co roku, a mimo to za każdym razem wszyscy mają nadzieję, że tym razem uda się uniknąć najgorszego.
Najpierw pojawiają się ostrzeżenia pogodowe. Potem zdjęcia ciemnego nieba nad Beskidami. Chwilę później media społecznościowe zalewają filmy z wezbranych potoków i ulic, które zaczynają przypominać kanały. Woda w Bielsku-Białej potrafi pojawić się błyskawicznie. Góry, które na co dzień są dumą miasta, podczas gwałtownych opadów stają się naturalnym akceleratorem katastrofy. Deszcz spływa z ogromną siłą, kanalizacja przestaje nadążać, a betonowe osiedla i kolejne zabudowane tereny nie mają już gdzie tej wody przyjąć.
Najgorsze jest jednak to, że mieszkańcy zaczynają się do tego przyzwyczajać. Zalania przestały szokować tak, jak kiedyś. Przez dwa dni mówi się o podtopionych ulicach, strażakach interweniujących setki razy i rodzinach wynoszących dobytek z piwnic. Potem temat znika. Woda opada, internet znajduje nowy temat, a ludzie zostają sami z kosztami, wilgocią i stresem, który ciągnie się miesiącami.
Bo prawdziwy dramat zaczyna się dopiero wtedy, gdy deszcz przestaje padać
Wtedy okazuje się, że ściany nasiąkły wodą głębiej, niż wydawało się pierwszego dnia. Że podłogi nadają się do zerwania. Że piec już nie działa. Że instalacja elektryczna wymaga wymiany. Że samochód stojący w garażu jest wart połowę tego, co jeszcze tydzień wcześniej. Jedna noc intensywnej ulewy potrafi zamienić wieloletni dorobek życia w gigantyczny rachunek, którego nikt się nie spodziewał.
Najbardziej brutalne jest to, że woda nie wybiera. Nie interesuje jej status majątkowy, lokalizacja ani to, czy ktoś całe życie odkładał na wymarzony dom. Zalewa stare budynki i nowe apartamentowce. Potrafi dostać się tam, gdzie wcześniej nigdy jej nie było. Coraz częściej mieszkańcy miejsc uznawanych za „bezpieczne” zaczynają mówić o niepokoju przy każdej większej burzy.
Odpowiedzmy więc sobie na pytanie, którego większość ludzi unika tak długo, jak tylko się da. Co właściwie stanie się po zalaniu?
Wiele osób żyje w przekonaniu, że skoro mają polisę, problem ich nie dotyczy. Dopiero po szkodzie zaczynają czytać dokumenty, których wcześniej nie sprawdzali. Nagle okazuje się, że coś jednak nie było objęte ochroną, suma ubezpieczenia jest zaniżona, a definicje zapisane drobnym drukiem brzmią zupełnie inaczej niż codzienne wyobrażenie o bezpieczeństwie. Nasza multiagencja Certis Ubezpieczenia oferuje bezpłatny audyt polis, dzięki któremu można sprawdzić, czy obecna ochrona rzeczywiście odpowiada realnym zagrożeniom.
To właśnie dlatego temat zalań w Bielsku-Białej jest dziś czymś znacznie większym niż tylko problemem pogodowym. To test odpowiedzialności, rozsądku i przygotowania na rzeczywistość, która z roku na rok staje się coraz bardziej nieprzewidywalna. Klimat się zmienia, opady są gwałtowniejsze, a miasta wciąż nie nadążają za tym tempem. Uparcie przypominamy, że jedna intensywna ulewa może oznaczać straty liczone w dziesiątkach tysięcy złotych, wystarczy pięć minut rozmowy z ekspertem Certis Ubezpieczenia, by tego uniknąć.
Można oczywiście mówić, że „kiedyś też padało”. Można uznawać, że media przesadzają. Problem w tym, że woda nie reaguje na opinie. Przychodzi wtedy, kiedy chce. Często nocą. Często nagle. I bardzo często zostawia po sobie coś znacznie gorszego niż tylko zniszczone ściany.
Zostawia poczucie, że człowiek w kilka godzin traci wszystko, co budował przez lata.
